www.wsercupolska.org - Klub Współczesnych Narodowców E-katalog stron Pobierz folder
ObWiePolak - Współczesna Endecja > Cena wiernościDzisiaj jest 13-12-2018 godzina 23:31:00

Cena wierności

Rocco Buttiglione, politolog, polityk, publicysta

Prof. Rocco Buttiglione podczas Kongresu Kultury Chrześcijańskiej w Lublinie fot. HENRYK PRZONDZIONOJaką cenę może zapłacić polityk za wierność chrześcijańskim wartościom? Przekonał się o tym prof. Rocco Buttiglione, kiedy Parlament Europejski odrzucił jego kandydaturę na członka Komisji Europejskiej za poglądy na temat homoseksualizmu. Opowiedział o tym podczas Kongresu Kultury Chrześcijańskiej w Lublinie. Publikujemy obszerne fragmenty wystąpienia prof. Buttiglionego.

To, co się wydarzyło, jest dobrze znane. Przedstawiono moją kandydaturę na członka Komisji Europejskiej. W parlamencie narodowym oceniamy polityczną bliskość idei – na przykład kandydata na ministra – z naszymi ideami, natomiast w Parlamencie Europejskim nie chodzi o ocenę polityczną. Komisarze nominowani są bowiem przez poszczególne rządy, które reprezentują różne opcje polityczne. Dlatego osoby, które nigdy nie mogłyby wspólnie tworzyć rządu narodowego, mogą i muszą zasiadać wspólnie w jednej Komisji Europejskiej.

Podczas mojego przesłuchania nikt nie wysunął wątpliwości co do moich kompetencji zawodowych, a jednak socjaliści, liberalni demokraci, zieloni i komuniści zagrozili, że jeśli nie zrezygnuję z kandydowania, będą głosować przeciw Komisji. Uznano, iż nie jestem godny moralnie, aby pełnić funkcję komisarza europejskiego. Dlatego, że powiedziałem to, co o homoseksualizmie mówi Katechizm Kościoła Katolickiego. Gdyby takie kryterium zastosowano w przeszłości ani Konrad Adenauer, ani Alcide De Gasperi, ani Robert Schuman nie mogliby być komisarzami europejskimi.

Ostrożnie jak Nikodem
Niektórzy chwalili mnie za odwagę, inni zarzucali nazbyt ostentacyjne manifestowanie swojej wiary. Nie zasługuję ani na pochwały, ani na krytykę. Zachowałem się jak nader ostrożny chrześcijanin, prawie jak Nikodem, który przyszedł do Jezusa w nocy, gdyż bał się uczonych w Piśmie i faryzeuszów. To nie ja wprowadziłem do dyskusji publicznej słowo „grzech”, tak silnie obciążone emocjonalnie. Uczynili to moi przeciwnicy podczas przesłuchania. Wiele lat, które poświęciłem studiowaniu i nauczaniu filozofii, sprawiło, że nie potrafiłem omijać pytań i mówić tak, aby nie powiedzieć niczego (umiejętność takiego mówienia jest sztuką, która może się przydać politykowi).

Odpowiedziałem zatem, mówiąc minimum tego, co powinien powiedzieć chrześcijanin, nie odważny, raczej bojaźliwy: „Mogę sądzić, że homoseksualizm jest grzechem, ale nie ma to żadnego znaczenia politycznego, dopóki nie mówię, że homoseksualizm jest przestępstwem”. Tego nie mówię. Z przekonaniem przyjmuję zasadę niedyskryminowania osób homoseksualnych. Jeśli wszyscy grzesznicy mieliby być karani, to wszyscy trafilibyśmy do więzienia – ze mną na czele. Czym innym jest poziom polityki i prawa, a czym innym poziom osądu moralnego. Parlament Europejski nie ma prawa ingerować w moje sumienie i mówić mi, co mam myśleć.

Grzech jest grzechem
Mamy tu do czynienia ze znaną od dawna zasadą liberalną. Zgodnie z tą zasadą, osoby, które mają różne poglądy moralne, mogą żyć razem jako obywatele o równych prawach w tej samej wspólnocie politycznej. Jest to jednocześnie zasada chrześcijańska. Do cudzołożnicy Jezus mówi: „Idź, a od tej chwili już nie grzesz!” (J 8, 11), a to oznacza: Ja ciebie nie potępiam – nie dlatego, że jesteś niewinna, ale dlatego, że ci wybaczam. A do zgromadzonych Jezus mówi: nie macie prawa potępiać, gdyż także wy jesteście grzesznikami i potrzebujecie miłosierdzia. Tylko Jezus ma prawo potępiać, ale On nie potępia, bo przyszedł na świat nie po to, aby go potępić, lecz po to, aby go zbawić. Parlament Europejski odrzucił tę liberalną i chrześcijańską zasadę, wprowadził natomiast nową inkwizycję.

Nie interesował się określonym stanowiskiem czy linią polityczną, lecz sądem sumienia, dążąc do ustanowienia nowej ortodoksji, swego rodzaju nowej, ateistycznej religii Unii. Dla tej nowej ateistycznej religii istnieje tylko jedna prawda: że żadna prawda nie istnieje. Ten, kto nie chce zrezygnować z wydawania sądów wedle kryteriów dobra i zła, jest obywatelem drugiej kategorii i nie może sprawować urzędów w Unii. A przecież wolne jest takie społeczeństwo, w którym grzesznicy mogą grzeszyć, a księża i filozofowie mogą mówić, że grzech jest grzechem. Jeśli jedna z tych form wolności zanika, społeczeństwo przestaje być wolne.

Dymisja i otwarty problem
Parlament wziął na siebie odpowiedzialność działania sprzecznego z Konstytucją, gdyż przypisał sobie prawo, którego nie posiada, i ustanowił nową ideologiczną inkwizycję. Grupy, które być może posiadały większość w Parlamencie, zagroziły, że jeśli nie zrezygnuję z kandydowania, nie udzielą wotum zaufania Komisji Europejskiej. Zrezygnowałem, aby uniknąć zastosowania powyższej zasady. Po mojej dymisji problem pozostaje jednak otwarty. Musi on stać się przedmiotem zmagań kulturowych i politycznych w najbliższych latach, po to, aby określić, jakiej Europy rzeczywiście chcemy. W chwili podejmowania decyzji (…) przypomniałem sobie szkockiego męczennika z XVII wieku – księcia Gordona.

Kiedy w zamian za zaparcie się wiary zaproponowano mu życie i wolność, odpowiedział: „Łatwiej jest oddzielić moją głowę od mego ciała niż moje serce od mego Pana”. Dobrze wiedziałem, że nie mogę się porównywać z księciem Gordonem (…). Tym, którzy zachęcali mnie do zmiany poglądów, powiedziałem wówczas: „Łatwiej jest oderwać moje siedzenie od mego fotela niż moje serce od mego Pana”. Tylko Bóg wie, czy potrafiłbym oddać głowę za Pana. Mam nadzieję, że tak, ale wolałbym nie być wystawiony na próbę. Miałem natomiast dość siły, aby zrezygnować z fotela w Komisji Europejskiej. Są rzeczy ważniejsze od członkostwa w Komisji, a wśród nich na pierwszym miejscu znajdują się wiara i sumienie. Nie okazalibyście jednak solidarności ze mną, tak jak ją okazaliście, i nie stałbym tu dzisiaj przed wami, gdyby chodziło jedynie o niesprawiedliwość, której doświadczyłem. Chodzi o coś więcej.

Ateistyczna wiara
Przede wszystkim chodzi o to, czy katolik – szerzej: chrześcijanin, a prawdopodobnie również żyd – może być komisarzem europejskim. Czy w UE chrześcijanie są obywatelami drugiej kategorii? Na to pytanie trzeba odpowiedzieć zarówno na płaszczyźnie instytucjonalnej, jak i na płaszczyźnie politycznej. (…) Ci, którzy dopuścili się tego nadużycia, teraz dążą do tego, aby zapomniano o tym fakcie. Obawiają się, że tak oczywisty fakt dyskryminacji chrześcijan w UE może doprowadzić do mobilizacji wielkich, a dotąd drzemiących i podzielonych sił chrześcijan. Naszym zadaniem jest sprawienie, aby owa hańba nie została zapomniana oraz zachęcanie chrześcijan i wszystkich ludzi, którzy kochają wolność, do działania na rzecz obrony ich prawa do bycia równoprawnymi obywatelami w Europie jutra. Drugie pytanie brzmi: Dlaczego do tego doszło? Chciano upokorzyć jednego chrześcijanina, aby zastraszyć innych. Chciano pokazać, że wykluczenie odwołania się do Boga w Konstytucji nie wynika z przypadkowych okoliczności, lecz jest pozytywnym wyznaniem innej wiary – wiary ateistycznej, relatywistycznej i antychrześcijańskiej.

Zagrożeniem jest nihilizm
Potężne lobby chce z Brukseli narzucić wszystkim państwom członkowskim uznanie małżeństwa między osobami tej samej płci oraz aktywną promocję ze strony państwa homoseksualnego stylu życia. W istocie chodzi o odrzucenie tradycyjnego modelu rodziny, która składa się z matki, ojca i dzieci. A państwo powinno aktywnie promować rodzinę, ponieważ rodzina pełni rolę niezbędną w życiu wszystkich narodów. W rodzinie rodzą się i są wychowywane dzieci, a bez dzieci naród umiera. Dzisiaj w Europie rodzi się zbyt mało dzieci, ponieważ dominująca ideologia zachęca młodych ludzi do cynizmu, do tego, aby nie wierzyli w miłość i oddzielali seks od miłości. Skutek jest taki, że seks staje się nudny, a miłość zanika. Nie możemy iść dalej tą drogą. Potrzebujemy takiego klimatu kulturowego, który zachęci młodych ludzi do otwarcia się na niezwykłą przygodę, jaką jest bycie rodzicami. (…) Największym zagrożeniem dla Europy nie jest islam, lecz nihilizm, który rodzi się w jej wnętrzu i prowadzi do wysuszenia źródeł naszej witalności i kreatywności. Czyż będzie można mieć za złe islamowi zajęcie naszych ziem, jeśli Europa bez dzieci sama pozbawi się ludzi i zniknie z dziejów?

Deklaracja
Na podstawie obowiązującego prawodawstwa, a także traktatu konstytucyjnego, który zostanie poddany pod głosowanie parlamentów i narodów, kwestie małżeństwa i rodziny należą do wyłącznej kompetencji państw członkowskich. Jednak przez przewrotną interpretację Konstytucji lobby antyrodzinne w Parlamencie Europejskim będzie starało się wywrzeć presję na parlamenty narodowe, przypisując sobie uprawnienia, których nie posiada. Dlatego zamierzam zaproponować parlamentowi włoskiemu, aby do głosowania nad ratyfikacją Konstytucji dołączyć deklarację interpretacyjną, która potwierdzi fakt, iż definicja małżeństwa i rodziny oraz kwestie związane z obroną życia pozostają w pełni w ramach suwerenności poszczególnych państw członkowskich. Nikt nie powinien się łudzić, że będzie mógł z Brukseli nakazywać, jak w Rzymie czy w Warszawie mamy postępować w tak delikatnej materii,
która dotyka korzeni tożsamości narodowej.

Propozycję tę przedstawiłem 7 stycznia w Monachium parlamentarzystom z CSU. Byłoby dobrze, aby we wszystkich – a przynajmniej w większych – krajach przypomniano z mocą fakt, że decyzje w kwestiach małżeństwa i rodziny pozostają w gestii narodów. Czym innym jest niedyskryminowanie osób homoseksualnych, a czym innym stworzenie uprzywilejowanych warunków dla homoseksualizmu jako stylu życia. Potwierdzenie faktu, że w tej kwestii Parlament Europejski nie ma żadnych uprawnień, stanowiłoby właściwą odpowiedź kulturową i polityczną na wyzwanie, które zostało rzucone. Jeśli ktoś sądzi, że prawo do decydowania o samym sednie tożsamości narodowej należy odstąpić Brukseli, niech weźmie na siebie odpowiedzialność i zagłosuje w parlamencie przeciw propozycji deklaracji, która potwierdza tę zasadę. Naród wyda swój osąd podczas następnych wyborów.

My jesteśmy Europą
Czy Europa, która nie godzi się na wymienienie w preambule swojej Konstytucji imienia Boga, Europa, która chce dyskryminować chrześcijan, Europa, która zmierza do łagodnego samobójstwa i jest tak zaślepiona nienawiścią do siebie samej, że uważa za nieprzyjaciół tych, którzy chcieliby ją ocalić – czy ta Europa jest jeszcze naszą Europą? Czy pozostawanie w takiej Unii ma sens? Pytania te są uzasadnione i potrafię zrozumieć gniew i oburzenie, z jakich się rodzą. Muszę jednak powiedzieć, że poddanie się zgorzknieniu i wycofanie się z walki, w której chodzi o duszę Europy, byłoby błędem. To my jesteśmy Europą: Europą jest Polska, Europą są Włochy. Nie istnieje inna Europa, w której moglibyśmy doświadczać naszej narodowej tożsamości. Jeśli ten statek, którym jest Europa, miałby zatonąć, to nikt z nas nie ma do dyspozycji łodzi ratunkowych. A z drugiej strony: czy możemy powiedzieć, że któreś z naszych państw – Polska lub Włochy – jest odporne na chorobę, jaką jest nihilizm? Nie, nasz los jest wspólny, wspólna jest nasza choroba, a zatem i lekarstwo może być tylko wspólne.

Walka o Europę
Dramatyczne pytania, które postawiłem, powinny przypomnieć o tym, że Europa, którą budujemy, nie jest rajem na ziemi, lecz miejscem walki. Oczywiście, nie jest to nasza Europa, ale nie jest to też „ich” Europa. Musimy o nią wytrwale walczyć mimo porażek i bez popadania w nadmierny entuzjazm po zwycięstwach. Ta walka będzie długa i nie wiadomo, czy ją wygramy. Cywilizacje, które dominowały przez wieki, w końcu zanikły. Również Jezusowa obietnica ostatecznego zwycięstwa wiary dotyczy chrześcijaństwa, ale niekoniecznie odnosi się do europejskiej i zachodniej cywilizacji chrześcijańskiej. Pewne jest to, że nasi przeciwnicy nie mogą wygrać. Ich projekt nie jest projektem budowy innej Europy. Jest to raczej projekt zniszczenia tej jedynej Europy, jaka istnieje. Jeśli miałaby wśród nas przeważyć perspektywa nihilizmu, to w obliczu wyzwań XXI wieku (przede wszystkim wobec wyzwania islamu) Europa może się tylko zawalić. Dlatego nasza walka nie jest walką o chrześcijańską Europę. To walka o ocalenie Eu ropy, które nie jest możliwe bez powrotu do podstawowych wartości naturalnych. Czyż wolność, rozum i rodzina nie są wartościami naturalnymi? Są to zarazem wartości chrześcijańskie, ale tylko dlatego, że objawienie chrześcijańskie potwierdza i pogłębia wartości, które są obecne już w porządku stworzenia i są zasadniczo dostępne każdemu człowiekowi. Dlatego nasza walka nie ma charakteru konfesyjnego: jest świecka, racjonalna, ludzka. 

Uśpiona siła
Jeśli zatem nie możemy opuścić Europy, to musimy w poczuciu odpowiedzialności za jej los podejmować spór o człowieka z większym zdecydowaniem i pasją. Niektóre istotne aspekty tego sporu rozgrywają się na terenie polityki. Nie powinniśmy więc stronić od polityki. Ofensywa przeciw Europie wyrusza z terenu polityki i na tym terenie należy jej stawić czoła. Siły tych, którzy pragną, aby Europa żyła, są wielkie, ale uśpione. Siły tych, których projekt zmierza do śmierci Europy, są znacznie mniejsze, ale dobrze zorganizowane i świadome swego celu. W moim przypadku przegraliśmy tylko jednym głosem. Nie powinniśmy więc uważać się za przegranych i rezygnować z walki. Musimy być świadomi faktu, że w polityce potrzebujemy chrześcijańskiego świadectwa i że społeczne nauczanie Kościoła jest integralną i nieusuwalną częścią chrześcijańskiej doktryny, tak jak świadectwo chrześcijanina w polityce jest integralną i nieusuwalną częścią chrześcijańskiego świadectwa w świecie. Uprawianie polityki nie jest łatwe, ale życie nie jest łatwe. Reguły polityki są w wielu aspektach podobne do reguł życia. Polityka jest sztuką takiego prowadzenia wspólnoty ku dobru wspólnemu, które respektuje wolność każdego z jej członków. To samo dokonuje się w życiu rodziny. Trzeba być otwartym na kompromisy, ale nie wolno rezygnować z tego, co istotne. (…)

Równowaga
Polityka powinien cechować nie tylko entuzjazm i przekonanie co do wartości, ale również realizm i umiarkowanie. Zadanie prowadzenia narodu w wolności i dbania o to, aby nie został on oszukany, nie jest łatwe. Zadanie to nigdy się nie kończy. Trzeba bezkompromisowo kochać prawdę, a zarazem trzeba posiadać zdolność do zawierania dobrych kompromisów, aby kierować procesem, którego najlepszy możliwy wynik czasami będzie polegał tylko na przeszkodzeniu większemu złu. Niektórzy szukają w polityce bezkompromisowości. Chociaż pragnienie to jest zrozumiałe wobec rozpowszechnionych w polityce bezwstydnych demonstracji oportunizmu i zdrady fundamentalnych zasad, to jednak jednostronne podkreślenie bezkompromisowości byłoby błędne. Polityka jest również sztuką kompromisu, który pozwala przesuwać punkt decyzji politycznej we właściwym kierunku, mając świadomość, że dobro, które jest możliwe do zrealizowania w dziejach, nigdy nie utożsamia się z dobrem absolutnym, które nie jest z tego świata. Polityka jest nie tylko świadectwem: musi być świadectwem skutecznym. W poszukiwaniu tej trudnej i delikatnej równowagi należy pamiętać o przykładzie św. Tomasza Morusa, który nie przypadkiem jest patronem polityków. Trzeba unikać konieczności wyboru między zwycięstwem politycznym i własnym sumieniem. Polityk powinien osiągać to, do czego dąży, bez zdradzania własnego sumienia. Jeśli jednak okoliczności uniemożliwiają zachowanie tej równowagi, należy bez wahania iść za głosem własnego sumienia. Porażka, przyjęta w duchu świadectwa prawdzie, może być źródłem największego dobra człowieka.

Tłum. z j. włoskiego Jarosław Merecki SDS/Lublin Skróty i śródtytuły pochodzą od redakcji.

Źródło: Gość Niedzielny  http://goscniedzielny.wiara.pl