www.wsercupolska.org - Klub Współczesnych Narodowców E-katalog stron Pobierz folder
ObWiePolak - Współczesna Endecja > Pełzająca germanizacja WrocławiaDzisiaj jest 14-12-2018 godzina 0:19:13

Pełzająca germanizacja Wrocławia

Jak pamiętają Czytelnicy "Naszego Dziennika", w związku ze storpedowaniem konferencji naukowej we Wrocławiu (po naciskach "Gazety Wyborczej" i władz uczelni) opisałem już szeroko "stalinowskie praktyki" na Uniwersytecie Wrocławskim. Sprawa ta spowodowała również głośny protest 225 osób ze środowisk naukowych i kulturalnych, oświadczenie 13 europosłów, głos zabrało też kilkaset osób w internecie etc. Szczególnie szokujące okazało się jednak to, co znalazłem w różnych materiałach na temat pełzającej germanizacji Wrocławia.



Ponad dwa miesiące poświęciłem niemal wyłącznie badaniu tej sprawy, korzystając z pomocy blisko 20 osób ze środowisk naukowych i kulturalnych Wrocławia (szczególnie gorąco dziękuję za pomoc prof. dr. hab. Tadeuszowi Marczakowi, dr Marii Dębowskiej, prezesowi klubu "Spotkanie i Dialog" Lechowi Stefaniakowi, prezesowi Związku Dolnośląskiego Adamowi Maksymowiczowi, publicyście i nauczycielowi Arturowi Adamskiemu). Wiele dało również wyszukiwanie w internecie bardzo rozproszonych tekstów i protestów przeciw niemczeniu Wrocławia. Generalny bilans tych poszukiwań jest doprawdy szokujący. Nasze największe centrum kulturalno-naukowe na Ziemiach Odzyskanych jest w bardzo dużym stopniu zagrożone działaniami regermanizacyjnymi, częstokroć wspieranymi usilnie przez niektórych włodarzy miasta (szczególnie niechlubną rolę pod tym względem odegrał były prezydent Wrocławia, a obecny minister kultury i dziedzictwa narodowego (!) Bogdan Zdrojewski).



Kto skłamał: "Wyborcza" czy Jego Magnificencja?

Porażające okazały się już ustalenia na temat kulisów odwołania zaplanowanej na 10 grudnia 2008 r. konferencji naukowej na Uniwersytecie Wrocławskim i późniejszego, po kilku dniach, usunięcia profesora Tadeusza Marczaka ze stanowiska dyrektora Instytutu Studiów Międzynarodowych Uniwersytetu Wrocławskiego. Najpierw muszę tu sprostować ewidentną nieprawdę, zawartą w nadesłanym do redakcji "Naszego Dziennika" wyjaśnieniu rektora Uniwersytetu Wrocławskiego prof. Marka Bojarskiego. Twierdził on - wbrew faktom - jakoby nie miał żadnego wpływu na odwołanie konferencji, bo zadecydowały o tym rzekomo wyłącznie władze Instytutu, w którym miała się odbyć konferencja. Pan rektor zapomniał, że istnieją aż nadto wymowne dowody jego ingerencji w tej sprawie - w postaci informujących o tym artykułów na łamach bliskiej mu wrocławskiej edycji "Gazety Wyborczej". Oto przykłady. 5 grudnia 2008 r. wrocławska "Gazeta Wyborcza" informowała w tekście Jacka Harłukowicza "Nowak poległ, dyrektor Marczak w tarapatach": "Na wysokości zadania stanął rektor Uniwersytetu prof. Marek Bojarski, który, mimo że trzy dni temu twierdził, że nie może naciskać na samodzielny Instytut, w czwartek osobiście przekonywał dyrekcję ISM, by imprezę odwołać". A więc naciskał! Dodajmy, że wrocławska "Gazeta Wyborcza" z 11 grudnia 2008 r. pisała, że według nieoficjalnych informacji odwołanie konferencji miało nastąpić "za namową rektora Bojarskiego". Zapytajmy więc, kto kłamie w tej sprawie - "Wyborcza" czy Jego Magnificencja? Jeśli skłamała "Wyborcza", i to parokrotnie, to dlaczego pan rektor nie posłał sprostowania do niej zamiast do "Naszego Dziennika"?



Bachmann dyrygował nagonką

Szczególnie szokujące okazały się, otrzymane przeze mnie, dokładne informacje o przebiegu Rady Naukowej Instytutu Studiów Międzynarodowych, na której usunięto prof. Tadeusza Marczaka ze stanowiska dyrektora. Chodziło o skończenie z dotychczasową rolą, jaką odgrywał właśnie ten Instytut pod kierownictwem profesora Marczaka jako najważniejszy naukowy wrocławski przyczółek obrony polskości i polskiej racji stanu wbrew pretensjom germanofili. Tym ostatnim bardzo nie w smak były zarówno konferencja planowana na 10 grudnia 2008 r. z dwoma referatami pokazującymi niemieckie zafałszowania na temat historii Polski, jak i planowana na luty kolejna konferencja naukowa "Czy grożą nam pruskie rugi. O niemieckich roszczeniach wobec Polski". Bardzo nie odpowiadały im, wydawane przez prof. Marczaka, znakomite cykliczne kilkusetstronicowe publikacje "Racja stanu. Studia i materiały" (dotąd ukazały się trzy tomy, pełne troski o obronę polskich interesów narodowych). Postanowiono więc usunąć niewygodnego, tak "niepoprawnego politycznie" prof. Tadeusza Marczaka ze stanowiska dyrektora. Całą operacją dyrygował były korespondent niemiecki w Polsce Klaus Bachmann, który nagle przed paru laty przekształcił się w naukowca, dodajmy, wielce tendencyjnego, szczególnie aktywnie współpracującego z wrocławską "Gazetą Wyborczą". W lecie zeszłego roku Bachmann zamieścił tam dość szczególną propozycję, aby promować Wrocław poprzez umieszczenie w tym mieście specjalnej międzynarodowej brygady wojskowej polsko-niemieckiej (!). Na szczęście projekt Bachmanna został przyjęty we Wrocławiu bardzo krytycznie. Na szczęście, bo na pewno szybko wystąpiliby podobni pomysłodawcy z projektami promowania Gdańska (zwłaszcza Westerplatte), Elbląga etc., przez usadowienie w nich brygad niemieckich żołnierzy.

Przypomnijmy, że to właśnie Bachmann jako pierwszy zgłosił na Radzie Naukowej Instytutu Studiów Międzynarodowych wniosek o usunięcie profesora Marczaka. Co ciekawsze, Bachmann był zatrudniony w tym Instytucie zaledwie parę miesięcy (od września 2008 r.). Wiele osób przypuszcza, że dał się zatrudnić tylko dla zrobienia brudnej roboty - usunięcia ze stanowiska dyrektora profesora Marczaka, zatrudnionego na Uniwersytecie Wrocławskim od 38 lat, dokładnie od 1970 roku (!). Bachmann cały czas dyrygował na Radzie Naukowej atakiem na storpedowaną kilka dni wcześniej konferencję i na dyrektora Marczaka osobiście. Uzasadniając swój wniosek o odwołanie prof. Marczaka, ostrzegał, że jeśli się go nie usunie, to można sobie wyobrazić, że "jutro ukaże się artykuł w 'Gazecie Wyborczej' - 'Dyrektor - obrońca antysemityzmu zostaje'". Następnie Bachmann perorował na temat "antysemickiej twarzy prof. J.R. Nowaka w mediach". I co najlepsze, podkreślił, że "rzeczywiste poglądy prof. Nowaka są nieistotne, liczy się to, co znajdzie się w prasie". Należy zatem odwołać dyrektora Marczaka jako obrońcę "antysemity" Nowaka!

Wiadomo dziś, że dyrygującego nagonką przeciw profesorowi Marczakowi swoimi wystąpieniami w dyskusji wsparło tylko troje znanych miejscowych germanofili: profesorowie Elżbieta Stadtmueller, Beata Ociepka i Romuald Gelles. Szczególnie gwałtownie wystąpiła prof. Elżbieta Stadtmueller, autorka skrajnie proniemieckiej książki "Granica lęku i nadziei". Atakowała w niej polskich polityków, m.in. Jana Łopuszańskiego, za to, że krytycznie oceniali na skutek swego "nacjonalizmu katolickiego" tendencje zjednoczeniowe w Niemczech i traktat z Niemcami podpisany przez Krzysztofa Skubiszewskiego. Parokrotnie wśród atakowanych za polski nacjonalizm wymieniła człowieka z marginesu politycznego - B. Tejkowskiego. Całkowicie pominęła natomiast (co dowodzi albo całkowitej słabości jej warsztatu naukowego, albo tendencyjnej złej woli) zastrzeżenia wysuwane wobec traktatu z Niemcami przez tak słynnego znawcę problematyki polsko-niemieckiej jak prof. Alfons Klafkowski, czy były wiceminister spraw zagranicznych RP Ernest Kucza. "Zapomniała" również wspomnieć i to, że bardzo krytycznie o zjednoczeniu Niemiec wypowiadała się m.in. premier Wielkiej Brytanii pani Margaret Thatcher. "Zapomniała" również wspomnieć, że z ostrzeżeniami do Polaków przed zjednoczeniem Niemiec wystąpiły między innymi takie postacie z Niemiec jak noblista Günter Grass czy dyrektor naukowy Fundacji w Ebenhausen - Christophe Royen. Kolejną germanofilką, która szczególnie wyróżniła się w ataku na prof. Marczaka jako swego rodzaju "adiutantka" Bachmanna, była prof. Beata Ociepka. Jest to autorka paru nudnych, że przy czytaniu zęby bolą, książkowych gniotów o niemieckich przesiedleńcach z Polski, których ciągle nazywa "wypędzonymi", co oznacza, że padli ofiarą "polskiego bezprawia". Pani Ociepka należy do naukowców polskich szczególnie aktywnych w upowszechnianiu godzącego w Polskę terminu "wypędzeni". Cóż, pani ta była w Niemczech przez 10 miesięcy na niemieckim stypendium, szczególnie aktywnie uczęszczając na spotkania z niemieckimi przesiedleńcami.

Powracając do rektora Uniwersytetu Wrocławskiego prof. Marka Bojarskiego, warto przypomnieć, że odegrał on ważną rolę w umocnieniu współpracy Uniwersytetu Wrocławskiego z Centrum Studiów Niemieckich i Europejskich im. Willy'ego Brandta, główną instytucją niemiecką promującą niemieckość we Wrocławiu. Powstało ono w 2002 r. i na mocy porozumienia polsko-niemieckiego miało być corocznie finansowane po połowie przez stronę polską (na sumę 1 mln złotych) i niemiecką (przez Niemiecką Centralę Wymiany Akademickiej DAAD - na sumę 250 tys. euro). Poprzedni rektor Uniwersytetu Wrocławskiego. Leszek Pacholski krytykował działalność Centrum i przekonywał, że "prowadzone w nim badania są chaotyczne, a wydawane publikacje i książki niskiej wartości" (wg tekstu bardzo wspierającej Centrum "Gazety Wyborczej" z 27 stycznia 2009 r. pt. "Centrum im. Willy'ego Brandta szuka dyrektora"). Przypomnę, że z tym Centrum współpracowali tacy "naukowcy" jak Bachmann czy Ociepka (ta ostatnia starała się nawet o funkcję dyrektora). Według "Wyborczej", dwa lata temu rektor UWr. Leszek Pacholski nie zdecydował się nawet na podpisanie drugiej umowy w sprawie funkcjonowania Centrum. Nowy rektor UWr. Marek Bojarski nie miał żadnych zastrzeżeń i podpisał kolejną umowę ze stroną niemiecką. Co więcej, we wrześniu 2008 r. mianowano p.o. dyrektorem Centrum prof. Marka Zyburę z Uniwersytetu Opolskiego. Ten naukowiec dobrze jest już znany czytelnikom "Naszego Dziennika" jako autor skrajnie proniemieckiej książki "Niemcy w Polsce". Podał w niej m.in. szczególnie nikczemną antypolską brechtę, oskarżającą Polaków, że rzekomo zamordowali 5800 Niemców we wrześniu 1939 r. w Berezie Kartuskiej. Warto dodać, że nawet kierowane przez Ribbentropa hitlerowskie Ministerstwo Spraw Zagranicznych podało 17 listopada 1939 r. w swym oszczerczym oświadczeniu dane o ilości rzekomo zamordowanych Niemców w Polsce, które były znacznie mniejsze od tych zawartych w fałszu Zybury.

Można podziwiać fakt, że rektor Bojarski zaakceptował akurat takiego antypolskiego germanofila jak M. Zybura na stanowisku p.o. dyrektora Centrum im. Willy'ego Brandta. Zwracam się w tym miejscu z apelem do wszystkich patriotycznych wrocławian. Zareagujcie wreszcie w sprawie Zybury! Do końca lutego trwa konkurs na dyrektora Centrum im. Willy'ego Brandta. Jest kilku kandydatów, w tym usilnie popierany przez "Wyborczą" M. Zybura. Zajrzyjcie do jego germanofilskiej książki (m.in. do plugawego oszczerstwa, obwiniającego Polaków o śmierć 5800 internowanych Niemców we wrześniu 1939 r. na s. 180) i zwracajcie się do rektora Bojarskiego z postulatami: niech wyjaśni swoje zachowanie w sprawie mianowania Zybury na p.o. dyrektora Centrum.



Regermanizacyjna fala

Efekty przeglądania materiałów na temat ekspansji niemczyzny we Wrocławiu są wręcz przerażające. Okazało się, że Wrocław szybko dogania Opolszczyznę i Szczecin w działaniach regermanizacyjnych typu: przywracanie niemieckich nazw kosztem dotychczasowych polskich, otaczanie szczególnym pietyzmem różnych pamiątek niemieckiej przeszłości. Wielce ponurą rolę w tym względzie odgrywają miejscowe sprzedajne pseudoelity, zwłaszcza naukowcy gotowi do wielbienia Niemiec na klęczkach w zamian za wysokie granty, honoraria, wykłady, stypendia, nagrody i odznaczenia. Przytoczę teraz najbardziej oburzające przykłady oddziaływań tej germanofilskiej fali.



Uhonorowanie zbrodniarzy hitlerowskich na cmentarzu pod Wrocławiem

Do jakich żałosnych sytuacji prowadzi germanofilstwo, najlepiej świadczy historia cmentarza w Nadolicach Wielkich niedaleko Wrocławia. 5 października 2002 r. uroczyście odsłonięto tam niemiecki cmentarz wojskowy, na którym pochowano niemieckich żołnierzy, którzy zginęli na Dolnym Śląsku w czasie drugiej wojny światowej. Cmentarz miał być swego rodzaju wielkim symbolem pojednania polsko-niemieckiego. Powstał z inicjatywy Ludowego Niemieckiego Związku Opieki nad Grobami Wojennymi. Od 1998 r. pochowali oni tam 12 tys. żołnierzy niemieckich, ekshumowanych z innych miejsc na Dolnym Śląsku. Związek założył na tym terenie w 1998 r. także Park Pokoju, dla którego sponsorzy zakupili ponad 600 drzew. Zgodnie z panującą teraz w Polsce modą na europejskość, połowa znaczących przedsiębiorstw we Wrocławiu partycypowała w sponsorowaniu budowy niemieckiego cmentarza wojskowego równocześnie z niemieckimi sponsorami. Jak pojednanie, to pojednanie! W oficjalnych uroczystościach otwarcia nekropolii brali udział m.in.: metropolita wrocławski ks. kard. Henryk Gulbinowicz, przedstawiciel Episkopatu Niemiec, ambasador RFN w Polsce, niemiecki konsul we Wrocławiu oraz sekretarz Rady Ochrony Pamięci Walk i Męczeństwa Andrzej Przewoźnik.

Dostojni uczestnicy uroczystego otwarcia cmentarza w Nadolicach Wielkich nie mieli pojęcia, że w tym miejscu pochowano m.in. ciała setek niemieckich zbrodniarzy wojennych, w tym esesmanów, najbardziej bestialskich katów Warszawy z brygady SS Dirlewangera.

Tę skandaliczną sprawę po raz pierwszy ujawniono w niemieckiej gazecie "Junge Welt" z 9 listopada 2002 r. w artykule Mariana Stankiewicza (przypuszczalnie Polaka) pt. "SS na drodze do katolickiego nieba Polski". (Można go przeczytać po niemiecku na stronie internetowej: www.jungewelt.de/2002/ 11-09/013php). Autor publikacji w "Junge Welt" pisał m.in. "5.10.2002 w miejscowości Nadolice Wielkie pod Wrocławiem na Dolnym Śląsku został poświęcony niemiecki cmentarz. Polska orkiestra wojskowa odegrała hymny narodowe, na maszt zostały wciągnięte obie flagi narodowe, polscy żołnierze i oficerowie klękali przed grobami i składali wieńce. Podczas gdy jedni stali na warcie honorowej, ich przełożeni stali na baczność i salutowali. Arcybiskup Wrocławia Henryk Gulbinowicz wraz z licznie przybyłymi kanonikami i ewangelickimi pastorami oddali cześć tu pochowanym, którzy zostali ekshumowani z pól bitewnych II wojny światowej z pobliskiej okolicy i pochowani w plastikowych trumnach. (...) Niemiecki ambasador w Polsce mówił o ofiarach, które nie na darmo poniosły śmierć, a przewodniczący niemieckiej instytucji opieki nad grobami wojennymi, Karl Wilhelm Lange, dał wyraz swemu poruszeniu, że także polscy żołnierze uczestniczyli w zakładaniu cmentarza. Także polski minister Andrzej Przewoźnik [szef Rady Ochrony Pamięci Walk i Męczeństwa - J.R.N.] cieszył się z pięknie rozwijającego się posadzonego przezeń drzewa. Komu oni oddawali cześć?

Na cmentarzu poświęconym w ten sposób spoczywają polegli członkowie 20. Dywizji Grenadierów SS 'Estland', 18. Dywizji Grenadierów Pancernych SS 'Horst Wessel', 31. i 36. Dywizji Grenadierów SS, 35. Policyjnej Dywizji SS, Dywizji SS 'Galizien', Brygady SS Dirlewangera, esesmani z Ukrainy, Litwy, Łotwy, Estonii, Węgier, Holandii, Flandrii i Niemiec. Z pułku SS-Obersturmbannfuhrera Bessleina [jednego z pięciu fortecznych pułków, broniących tzw. Festung Breslau - J.R.N.] przeżyli tylko nieliczni. Tu zostali skupieni zbyteczni już w urzędach okupacyjnych oficerowie gestapo z Krakowa i Radomia, przepędzeni niemieccy oficerowie policji z Radomia, Łodzi, Warszawy. Nie można też zapomnieć o jeszcze zdolnych do służby wartownikach SS obozu koncentracyjnego z Oświęcimia, który został rozwiązany 27.01.1945 roku (...). Polscy żołnierze oddali więc cześć katom swego narodu" (podkr. - J.R.N.).



Niemieckie marmury i polska ruina cmentarna

Pomimo publikowanego już w listopadzie 2002 r. szokującego artykułu w "Junge Welt" o cmentarzu w Nadolicach Wielkich, w centralnej polskiej prasie dopiero po wielu miesiącach podjęto tak kompromitującą sprawę. Zaczęło się od artykułu Artura Guzickiego "Dwa cmentarze" w "Polityce", nr 46 z 2003 roku. Tekst Guzickiego jest tak wstrząsający, że warto zacytować jego najwymowniejsze fragmenty: "Wybrukowane alejki, przystrzyżona trawa. Marmurowe tablice z nazwiskami. Mają przypominać, że ofiarami wojny byli także Niemcy (...). Na cmentarzu rosną 622 drzewa. Dęby, buki i klony. Każde kosztowało 500 marek. Przy każdym jest tabliczka z nazwiskiem fundatora (podkr. - J.R.N.). Za drzewka płaciły osoby prywatne, stowarzyszenia byłych niemieckich żołnierzy i wypędzonych. Wśród nich Witold Krochmal, były wojewoda dolnośląski. (...)

Kilka kilometrów za Nadolicami, przy tej samej szosie, tuż przed wioską Miłoszyce, też jest tablica kierunkowa. Tyle, że umieszczony na niej napis 'Cmentarz ofiar hitleryzmu' trudno dostrzec. Tablica stoi w zarośniętym chwastami rowie. Polna droga prowadzi do miejsca, w którym pochowano sześciuset więźniów filii obozu koncentracyjnego (podkr. - J.R.N.). (...) - Słynna była nasza wioska na całą okolicę (...) tylko przez ten obóz, co go Niemcy za wsią postawili. Tam po sześć tysięcy ludzi na raz trzymali. A ten lasek na wzgórzu to na nieboszczykach z obozu rośnie - opowiada pan Karol, były sołtys Miłoszyc. (...) - Tam bezpańskie psy stadami latały. Szczątki ludzkie po okolicy rozwlekały. Wygrzebywały kawałki ciał z wielkiego dołu. Obóz koncentracyjny w Miłoszycach powstał jesienią 1943 roku. Był jedną z filii obozu Gross-Rossen. (...) - W tym lasku znajdziecie wielki dół. Tuż obok jest pomnik. Chociaż pomnik to chyba za duże słowo - mówi pan Karol. Betonowy nagrobek jest porośnięty mchem, spękany. Pośrodku metalowy krzyż z tarczą w biało-niebieskie pasy. Obok tablica 'NN'. Żadnych dat, żadnych nazwisk, żadnego napisu (podkr. - J.R.N.).

Wracając do Wrocławia, można jeszcze raz zajrzeć do Nadolic. Wśród pochowanych w Parku Pokoju jest Karl Stoppel. W księgach cmentarnych nie ma zapisu, że w czasie wojny był oficerem SS, komendantem obozu Funfteichen. To on, według relacji mieszkającego dziś w Essen Hermana Kusina, jednego z majstrów w zakładach Berta Werke, jeszcze na dzień przed ewakuacją rozważał możliwość wymordowania wszystkich więźniów obozu. Grób Maxa Skrzipuletza, dowódcy ukraińskiego oddziału SS, odpowiedzialnego za transport i ewakuację więźniów do Gross-Rosen, także można odnaleźć bez trudu. W księgach cmentarnych są też Johan Schneider, Franz Plattner, Sejf Krinke, Robert Esterberger - esesmani z obozu (...)".

Niezadługo po tekście "Polityki" do tematu cmentarza w Nadolicach Wielkich powrócił tygodnik "Wprost", i to w sposób dużo bardziej szczegółowy i wręcz oskarżający polskich urzędników, odpowiedzialnych za szczególne uhonorowanie cmentarza, na którym znalazły się groby tak licznych niemieckich oprawców i zbrodniarzy wojennych. W numerze 6. tygodnika "Wprost" z 2004 r. ukazał się wstrząsający artykuł Sławomira Sieradzkiego "Polski panteon SS". "Na nadolickiej nekropolii spoczywają m.in. żołnierze ukraińskiej dywizji SS Galizien. To oni zapędzili do drewnianego kościoła mieszkańców Huty Pieniackiej na Wołyniu. Według zeznań naocznego świadka Stanisława Krawczyka: 'SS-mani w śnieżnobiałych mundurach upychali ludzi między ławkami. Przechodzili i uderzali po głowach: trach, trach. Ogłuszeni padali pod ławki. Wówczas wganiali następnych. Trzy warstwy dygocących ciał'. Potem esesmani podpalili kościół. W Nadolicach spoczęli także żołnierze niemieckiej brygady SS Dirlewanger, odpowiedzialni za wymordowanie 1500 mieszkańców Woli podczas Powstania Warszawskiego. (...) W Nadolicach pochowano też wachmanów z obozu koncentracyjnego w Auschwitz. Ober-scharfuhrer Erich Slega z pułku SS Besslein (służyli w nim wartownicy z obozu koncentracyjnego Auschwitz) zginął 15 lutego 1945 r. w obleganym przez Sowietów Wrocławiu. Jest pochowany w bloku 4. nadolickiej nekropolii (...). Zdobyliśmy dowody, że w Nadolicach uroczyście upamiętniono zbrodniarzy wojennych. Może ich tam leżeć nawet kilka tysięcy. Na Śląsku od stycznia 1945 roku do końca wojny broniło się co najmniej kilkanaście tysięcy esesmanów. Większość z nich zginęła, bo Sowieci rzadko brali do niewoli esesmanów. (...).

Biorący udział w ekshumacjach pracownicy niemieckiego Związku Opieki nad Grobami Wojennymi, tak jak ich polscy koledzy, wiedzieli, że wśród odkrywanych szczątków są też prochy i kości esesmanów. Przy szczątkach znajdowano bowiem na przykład trupie czaszki z nierdzewnego metalu, które esesmani nosili na czapkach" (podkr. - J.R.N.).

Wkrótce po opublikowaniu we "Wprost" bulwersującego tekstu S. Sieradzkiego, w opracowywanym przez IPN "Przeglądzie mediów" z 26 lutego 2004 r. podano oficjalne komentarze na temat całej sprawy, pisząc: "Szczątki SS-manów znajdują się na cmentarzu w Nadolicach Wielkich (woj. dolnośląskie) - poinformował dzisiaj dziennikarzy we Wrocławiu sekretarz generalny Rady Ochrony Pamięci Walk i Męczeństwa Andrzej Przewoźnik. Przewoźnik przyznał, że zarówno strona niemiecka, jak i polska wiedziały od początku, kogo chowają w tamtejszym Parku Pokoju. Przewoźnik nie potwierdził jednak, że informacja została zatajona celowo i z rozmysłem. Włodzimierz Suleja z IPN uważa, że 'to wysoce niefortunne, że ta wiedza nie została ujawniona od razu'. (...) Na otwartym niedawno niemieckim cmentarzu wojennym w Nadolicach pod Wrocławiem spoczywają żołnierze frontowych jednostek Waffen SS. Nie zostali jednak tam pochowani żołnierze ze znanych ze zbrodni wojennych dywizji SS Galizien, z brygady SS Dirlewanger oraz wachmani z załogi obozu w Auschwitz. - Nie można wykluczyć, że wśród pochowanych, niezidentyfikowanych żołnierzy byli także uczestnicy zbrodni wojennych - zaznaczył jednak Przewoźnik. - Tworząc cmentarze, respektujemy wynikające z konwencji genewskiej prawo każdego żołnierza do pochówku. Żołnierze Waffen SS, która przez Trybunał Norymberski została uznana za organizację przestępczą, nie powinni być upamiętniani na cmentarnych płytach - uważa natomiast profesor Suleja, dyrektor wrocławskiego oddziału IPN w tekście 'Pamięć nie dla zbrodniarzy', 'Rzeczpospolita' z 26 lutego 2004 r.".

W sporze tym wyraźnie racja stoi po stronie prof. Sulei, a nie A. Przewoźnika, który był odpowiedzialny za umieszczenie ciał esesmanów pod upamiętniającymi ich cmentarnymi płytami. Tłumaczenie Przewoźnika wyglądało po prostu na próby rozpaczliwego wykręcania się z niewygodnej sytuacji.

W całej sprawie jedno nie ulega wątpliwości. Przez wiele lat władze Wrocławia nie zadbały o odpowiednie zaopiekowanie się leżącym w pobliżu miasta, zapuszczonym, zrujnowanym cmentarzyskiem ofiar zbrodni niemieckich w Miłoszycach. Te same władze maksymalnie poparły uroczyste otwarcie niemieckiego cmentarza wojskowego w Nadolicach Wielkich, na którym spoczywają tysiące żołnierzy niemieckich - biorących udział w agresji na inne kraje. Na uroczyście otwartym cmentarzu pochowano licznych esesmanów, w tym również przypuszczalnie hitlerowskich zbrodniarzy wojennych. Pomimo przejściowego rozgłosu nadanego pod koniec 2003 i na początku 2004 r., szokującemu kontrastowi: marmurowy cmentarz ku czci agresorów i zrujnowane cmentarzysko ku czci ich ofiar, jakoś nie słyszy się o żadnych działaniach włodarzy miasta Wrocławia dla poprawy sytuacji w tym względzie. Choćby o staraniach w celu dużo lepszego zadbania o cmentarz polskich ofiar w Miłoszycach i usunięcia marmurowych tablic upamiętniających osoby, które były członkami formacji SS, uznanych za przestępcze przez Trybunał w Norymberdze. Sprawa wyraźnie przycichła. Rzecz szczególna. O całym skandalu tym razem pisały - o ile wiem - wyłącznie tygodniki dość odległe od polskich narodowych tradycji, postkomunistyczne tygodniki "Polityka" i "Wprost", które te tradycje bardzo często wyśmiewały. Akurat w sprawie cmentarza w Nadolicach zachowały się jednak w sposób, za który należałoby je pochwalić. Zapytajmy jednak, dlaczego o tak bulwersującej sprawie milczała i milczy prasa nurtu patriotycznego? Historia cmentarzy w Nadolicach Wielkich i Miłoszycach potwierdza moje stare przemyślenia na temat jakże różnych zachowań Polaków w porównaniu z Niemcami i Żydami. Przedstawiciele obu wymienionych nacji są nader konsekwentni w forsowaniu przez dziesięciolecia celów swej polityki historycznej i interesów narodowych. Polacy natomiast działają głównie zrywami, przejściowo przez parę tygodni czy miesięcy donośnie reagują na jakiś problem czy konflikt, a potem o nim całkowicie zapominają, całą sprawę odkładając do lamusa. I płacą frycowe za swój brak systematyczności w drążeniu poszczególnych tematów. Wygrywają ci, którzy realizują politykę ciągłą i systematyczną.


Serce boli na myśl, że najwspanialsze i doskonale udokumentowane prace polskich patriotów często dostępne są tylko w internecie lub w niskonakładowych czasopismach, podczas gdy germanofile i ci, którzy oczerniają Polskę, mogą zawsze liczyć na przyspieszone wydanie swoich paszkwili w nader pięknej szacie graficznej oraz na przyznanie niemieckich grantów i nagród.



Znakomity znawca problematyki Wrocławia i Dolnego Śląska - Artur Adamski, były działacz solidarnościowego podziemia niepodległościowego, członek "Solidarności Walczącej", autor książkowego wywiadu z Kornelem Morawieckim, publikuje głównie w internecie i rzadziej w niskonakładowym czasopiśmie "Opcja na Prawo". Jego artykuły to świetne, dające do myślenia teksty, które powinny być prezentowane na łamach wysokonakładowej prasy i dla milionów telewidzów. Artur Adamski w oparciu o gruntownie poznane fakty pisze teksty w stylu słynnego "Na tropach Smętka" Melchiora Wańkowicza. Podobnie jak on alarmuje o sytuacji zagrożenia dla polskości i postępującej niemczyzny. Szczególnie cenny pod tym względem był zamieszczony 25 kwietnia 2006 r. na portalu MiastoWrocław.pl obszerny tekst tego autora: "Dolny Śląsk - dziedzictwo zawłaszczone i zatracone". Pisząc o rozmiarach negowania związków Dolnego Śląska z Polską poprzez "tłumy pismaków", Adamski stwierdził, iż: "Tendencja ta przybiera często postać nowej 'krainy absurdu', w której tym razem polscy publicyści wytężają umysły, by jakimś sposobem zaprzeczyć najbardziej oczywistym faktom i, na ile to możliwe, 'zagrzebać' dolnośląskie dokonania swoich rodaków. Mam nadzieję, że jest to wynikiem jedynie niewiedzy i głupoty".

Artur Adamski zwrócił również uwagę na dziwnie często stosowane we Wrocławiu dwie miary: troskliwej pielęgnacji zabytków kultury Prus i Austrii towarzyszy coraz wyraźniejsze zaniedbywanie troski o pielęgnowanie śladów polskości. Jak pisał: "W ślad za wyczynami ludzi pióra, opętanych manią negowania związków Ziem Zachodnich z naszym krajem, podążyły lokalne władze oraz liczne środowiska i instytucje, odpowiedzialne za sferę, którą można nazwać duchową przestrzenią naszego funkcjonowania (...). Coraz częściej (...) dzieje się tak, że oczywiste i ważne wątki polskie pozostają w zapomnieniu, podczas gdy obiektywnie drugorzędne motywy, związane z kulturą Austrii lub Prus - zyskują troskę, doczekują się nieraz zdumiewająco kosztownej pielęgnacji. W ponad tysiącletniej historii najdłużej Śląsk (tak, jak i jego stolica Wrocław) należał do Polski. Niektóre z najbardziej znaczących faktów jej dziejów miały miejsce właśnie tutaj. Dlaczego tak często są zapominane? Z jakiego powodu liczne 'polskie ślady' są tu 'zakopywane' rękami samych Polaków?" (podkr. - J.R.N.).



Czy ta "Hala powinna być Stulecia"?

Do najbardziej głośnego sporu wokół przywracania starych nazw niemieckich we Wrocławiu, bez względu na to, co one symbolizowały, doszło w 2007 roku. Spór toczył się głównie wokół sprawy zamiany nazwy największej hali widowiskowej Wrocławia - tzw. Hali Ludowej (nazwa od 1945 r.) na starą pruską nazwę Hala Stulecia pochodzącą z 1913 roku. Pretekstem do przywrócenia starej pruskiej nazwy dla Hali Ludowej stała się sugestia paryskiego biura UNESCO, gdzie składano wniosek o wprowadzenie tej Hali na listę światowego dziedzictwa. W biurze UNESCO sugerowano przywrócenie starej nazwy Hali, jako dużo lepiej znanej za granicą. Pomysł błyskawicznie znalazł entuzjastycznych promotorów we Wrocławiu. Rej wśród nich wodziła dziennikarka lokalnej edycji "Gazety Wyborczej" - Beata Maciejewska, głosząc już w tytule jednego z tekstów: "Ta Hala powinna być Stulecia". Nazwę Hala Stulecia nadano temu obiektowi w momencie jej oddania do użytkowania w 1913 r. na cześć zwycięstwa wojsk pruskich w bitwie pod Lipskiem. Uroczystości nadania nazwy były bardzo mocno celebrowane przez pruskich militarystów (było to wszak zaledwie na rok przed wybuchem pierwszej wojny światowej) z udziałem następcy tronu cesarstwa Niemiec Kronprinza Fryderyka Wilhelma Wiktora, dowódcy I regimentu Lejbhuzarów z Gdańska Wrzeszcza. Świętowanie zwycięstwa Prusaków w bitwie pod Lipskiem budzi odmienne, zupełnie nieświąteczne skojarzenia wśród Polaków. Dla nas bowiem bitwa pod Lipskiem oznaczała ostateczną zagładę armii polskiej, walczącej u boku Napoleona, i śmierć jej dowódcy, bohaterskiego księcia Józefa Poniatowskiego. Zginął on z ran, tonąc w odmętach Elstery i wypowiadając słynne ostatnie słowa: "Bóg mi powierzył honor Polaków!". Klęska wojsk polskich obok francuskich w bitwie pod Lipskiem oznaczała zarazem kolejne zniweczenie niepodległościowych nadziei i pogrążenie się w tym silniejszej niewoli zaborów, w tym właśnie hohenzollernowskich Prus. Przywrócenie więc starej nazwy upamiętniającej stulecie pruskiego triumfu w bitwie pod Lipskiem oznacza akurat dziś w polskim Wrocławiu swego rodzaju masochizm narodowy - pogodzenie się z nazwą upamiętniającą kolejne popadnięcie Polaków w długą beznadziejną niewolę. Stąd bardzo burzliwe spory, jakie wybuchły wokół zmiany nazwy, niestety, zakończone zwycięstwem rzeczników pruskiej nazwy, głównie ze względu na stanowisko obecnych włodarzy Wrocławia.

Najciekawszym chyba głosem polemicznym w sporze wokół nazwy Hala Stulecia był drukowany 9 czerwca 2007 roku w "Rzeczpospolitej" tekst Piotra Semki "Wywoływanie pruskich duchów". Autor pisał m.in.: "(...) Wiele wskazuje, że niepostrzeżenie odbywa się swoista amnestia pamięci dla symboliki prusackiej (...). Okoliczności powstania hali nie są (...) dla polskiego obserwatora takie znowu niewinne. Pruskie obchody stulecia wojny wyzwoleńczej były wówczas w Europie przyjmowane z dużym niepokojem jako kolejna demonstracja siły Wilhelma II. Przypomnijmy, że rok potem wybuchła wojna światowa (...). Ale niezależnie od szowinistycznego charakteru obchodów stulecia nasuwa się kolejne pytanie. Dlaczego w polskim Wrocławiu mamy wskrzeszać nazwę, przypominającą datę, która dla Polski oznaczała zdradę Napoleona przez Prusy? (podkr. J.N.R.). Datę, która była zapowiedzią klęski Księstwa Warszawskiego, zagłady armii księcia Józefa Poniatowskiego? Datę ponownego sojuszu Rosji i Prus, dwóch najagresywniejszych mocarstw zaborczych? (...) Czy aby na pewno może nas wcale nie obchodzić, czego stulecie sławi wrocławska Hala? Skoro tak, to odbudujmy w Kaliszu pomnik sojuszu Prus i Rosji, jaki zawiązali władcy obu krajów w lutym 1813 r., usunięty po odzyskaniu przez Polskę niepodległości (...) Dlaczego mamy czcić choćby w pozornie obojętnej nazwie triumf pruskiej glorii?".

W odpowiedzi na artykuł Semki w "Rzeczpospolitej" ukazał się polemiczny wobec niego tekst "Duch wrocławskiego patriotyzmu" pióra prezydenta Wrocławia Rafała Dutkiewicza i posła ziemi wrocławskiej, b. ministra kultury i dziedzictwa narodowego Kazimierza M. Ujazdowskiego. Obaj autorzy zupełnie zbagatelizowali zastrzeżenia Semki wobec nazwy Hala Stulecia. Przeciwstawili się również jego obawom co do stopnia promowania dawnych pruskich symboli we Wrocławiu, pisząc, że: "Fenomen polskiego zakorzenienia we Wrocławiu jest tak silny, że możemy bez strachu myśleć o pruskiej przeszłości".

Poróżnili się w tej sprawie czołowi urzędnicy wrocławscy. Ostro sprzeciwiał się przemianowaniu Hali Ludowej na Halę Stulecia ówczesny wojewoda dolnośląski Krzysztof Grzelczyk, stwierdzając: "Nie podoba mi się ta nazwa. To bezsensowna kalka z języka niemieckiego. Przypomina o klęsce Napoleona, która okazała się także klęską Polaków. Owszem, dla Prusaków wojna z cesarzem Francuzów była narodowowyzwoleńcza, ale w naszym interesie to Napoleon powinien zwyciężyć. Wrocław jest teraz polskim miastem i naszą, nie niemiecką historię musimy przede wszystkim upamiętniać". Wojewoda Krzysztof Grzelczyk nie przyjechał na uroczystości udekorowania Hali tabliczką UNESCO z nazwą Hala Stulecia. Wojewoda mówił, że gdyby sam mógł decydować, wybrałby dla Hali trzecią nazwę. Może Kongresowa dla upamiętnienia Kongresu Eucharystycznego z udziałem Papieża Jana Pawła II, który odbył się w owej Hali.



Teatr Muzyczny "Capitol" - nazwa w duchu "Mein Kampf"

Tak szokujące dla Polaków przywrócenie nazwy Hala Stulecia to tylko najbardziej spektakularny przejaw szerszego trendu przywracania niemieckich nazw obiektów i ulic we Wrocławiu. Szczególnie głośna pod tym względem stała się dokonana 8 lipca 2004 roku zmiana nazwy "Teatr Muzyczny - Operetka Wrocławska" na dawną niemiecką nazwę "Teatr Muzyczny Capitol" we Wrocławiu. Zmiana została dokonana decyzją Rady Miasta Wrocławia z 8 lipca 2004 roku. Zmianę nazwy skutecznie oprotestowało Zrzeszenie Publicystów Polskich "Piast", które pisało w liście-proteście z 27 lipca 2004 r. do ówczesnego wojewody dolnośląskiego Stanisława Opatowskiego m.in.: "Budynek 'Teatru Muzycznego - Operetki Wrocławskiej' powstał w latach dominacji hitleryzmu w Niemczech; w narodzie, który nigdy nie pogodził się z historyczną rzeczywistością ówczesnych lat i powstaniem w 1918 r. Niepodległej Polski. W dwudziestoleciu międzywojennym, gdy III Rzesza zbroiła swą armię w najbardziej nowoczesną broń świata i nad Polską zawisły czarne chmury, we Wrocławiu powstawało gigantyczne (jak na owe czasy) kino, które zgodnie z duchem autora 'Mein Kampf' otrzymało nazwę 'Capitol'. (...) Zatem, niemiecka nazwa 'Capitol' (łac. Capitolium; pol. Kapitol) jest niczym innym, jak nazwą jednego z siedmiu wzgórz starożytnego Rzymu, zapożyczoną przez nazistów. Przywrócenie tego niechlubnego dziedzictwa, odrzuconego przez Polaków po II wojnie światowej, budzi uzasadniony sprzeciw zaniepokojonych rozwojem sytuacji mieszkańców Wrocławia. To Polacy, kosztem własnych wyrzeczeń, oczyszczali z gruzów powojennych teren miasta i spracowanymi dłońmi odbudowywali gród piastowski nad Odrą - stolicę Dolnego Śląska".



"Anmerkung Breslau" - kamienie stulecia

Mniej spektakularnie przeprowadzono przywrócenie starych niemieckich słupów granicznych Wrocławia przy Odrze i odnowienie na nich napisów "Anmerkung Breslau". Nazywane kamieniami stulecia słupy graniczne wystawiono w latach 1900-1901 dla uczczenia przełomu XIX i XX wieku. Widniał wówczas na nich napis "Breslau". Słupy wykonano ze śląskiego granitu. Po wojnie napisy "Breslau" były częściowo skute, a częściowo zakryte cementem. Na słupie, obok gmachu telewizji, wyryto nawet napis "Wrocław". "To fałszerstwo historyczne - tłumaczył dyrektor Muzeum Miejskiego dr Maciej Łagiewski. - Człowiek, który patrzy na słup myśli, że w 1901 roku to miasto nazywało się Wrocław".

14 lipca 2003 r. pojawiła się informacja, że Zarząd Dróg i Komunikacji zamierza remontować wspomniane słupy graniczne. Przedstawiciel biura miejskiego konserwatora zabytków opowiedział się za odtworzeniem nazwy Breslau, dodając: "To historyczna nazwa miasta. Obowiązywała w czasie, gdy słupy powstawały". Ostatecznie słupy z napisem "Breslau" stanęły na granicy miasta na prawym brzegu Odry. Wjeżdżający do miasta są więc z góry witani przez słupy upamiętniające stare, pruskie czasy.

Co gorliwsi rzecznicy przywracania niemieckich nazw coraz głośniej mówią o potrzebie zmiany nazwy ulicy Piłsudskiego na starą niemiecką nazwę Ogrodowa (Gartenstrasse), o zmianie nazwy Mostu Grunwaldzkiego na Cesarski (Kaiserbrücke) etc, etc. Coraz częściej mówi się również, że w przyszłości we Wrocławiu powstanie Muzeum Festung Breslau na pamiątkę wyjątkowo zażartej obrony miasta w 1945 r. przez wojska nazistowskie.

Dodajmy, że we Wrocławiu planuje się już odbudowę pałacu królów pruskich zbudowanego przez rozbiorcę Polski króla Fryderyka II. W tym samym czasie nic nie mówi się o potrzebie odbudowania polskiego zamku piastowskiego we Wrocławiu, który w XIII wieku był najwspanialszym zamkiem gotyckim w Polsce. I jeszcze jeden dość pikantny szczegół. Parę lat temu podczas niemiecko-polskiego przedstawienia w jednym z teatrów wrocławskich ktoś publicznie wystąpił z propozycją odbudowania zniszczonego w 1945 r. pomnika cesarza Wilhelma I - i zyskał aplauz widowni. Przypomnijmy, że cesarz ten całym sercem wspierał zapoczątkowaną przez kanclerza Bismarcka falę antypolskiej germanizacji w imię tzw. Kulturkampfu.



Proniemieckość dyrektora Muzeum Miejskiego Wrocławia

Wśród najgorętszych zwolenników zmiany nazwy Hala Ludowa na Halę Stulecia znalazł się m.in. bardzo wpływowy dyrektor Muzeum Miejskiego Wrocławia dr Maciej Łagiewski, znany ze skrajnego germanofilstwa. Poglądy te znalazły bardzo silny wyraz w wywiadzie pt. "Na historię nie można się obrażać", udzielonym przez dr. Łagiewskiego "Gazecie Wyborczej Wrocław" 15 czerwca 2006 roku. Łagiewski nie ograniczył się w nim tylko do poparcia nazwy Hali Stulecia, ale zdecydowanie opowiedział się za szeregiem innych inicjatyw regermanizacyjnych, m.in. wystąpił zarówno z inicjatywą odbudowy pałacu królów pruskich, symbolu zwierzchności pruskich władców nad Śląskiem, jak i za zawieszeniem na nim osławionego Żelaznego Krzyża, odznaczenia splamionego mordami dekorowanych nim tak licznie hitlerowców. Gdy dziennikarz Mariusz Urbanek z "Gazety Wyborczej" zapytał: "I zawiśnie (na pałacu królów pruskich - dop. J.R.N.) Żelazny Krzyż, o który oburzyła się 'Rzeczpospolita'?", Łagiewski odpowiedział: "Dlaczego miałby nie zawisnąć". Na uwagę dziennikarza "Wyborczej": "Bo to symbol pruskiego militaryzmu, który podczas II wojny światowej nosili na mundurach hitlerowcy", Łagiewski odpowiedział: "Żelazny Krzyż ustanowiony był w 1813 roku we Wrocławiu, zaprojektował go wybitny architekt Karl Friedrich Achinkel, a w przedwojennej armii polskiej nosiło go z dumą tysiące oficerów, odznaczonych nim za męstwo podczas I wojny światowej (...). Żelazny Krzyż porównywany był do polskiego Virtuti Militari. To, że zdeprecjonował się w II wojnie, nie zmieni wcześniejszej historii (...). W muzeum na wystawie historycznej można pokazać prawie wszystko łącznie z popiersiem Hitlera (podkr. - J.R.N.), ważny jest kontekst i proporcja (...)".

Warto dodać, że dyrektor Łagiewski, tak skory do popierania upamiętnienia, nawet najgorszych tradycji pruskiego militaryzmu, jest równocześnie wyraźnie przeciwny odpowiedniemu docenieniu polskich tradycji historycznych. Jakże wymowny pod tym względem był jego sprzeciw wobec postawienia pomnika Bolesława Chrobrego. Łagiewski twierdził, że stawianie pomnika Chrobremu w miejscu, gdzie niegdyś stało Mauzoleum Wilhelma I, jest śmieszne. Łagiewski w ogóle podważał pozycję Chrobrego w rankingu "zasłużonych". Według dyrektora, należałoby raczej upamiętnić postacie filozofów, poetów, ponieważ epoka stawiania pomników królom bezpowrotnie minęła (...).



Popiersie Habera we wrocławskim Ratuszu

Germanofilskie wizje dr. Łagiewskiego obnażyła wymyślona przez niego jednostronnie proniemiecka, selektywna, stała wystawa popiersi 20 wybitnych wrocławian zorganizowana we wrocławskim Ratuszu. Łagiewski dobrał w czasie swojej "selekcji" wybitnych wrocławian, wśród których Niemcy stanowią mniej więcej 3/4 popiersi wystawy. W wyborze Łagiewskiego zabrakło natomiast takich postaci, jak głośni śląscy władcy średniowieczni: Henryk II Pobożny i Henryk IV Probus, słynny biskup wrocławski w latach 1326-1341 Nanker - wielki rzecznik polskości Śląska, a ze współczesnych postaci arcybiskup wrocławski i kardynał Bolesław Kominek oraz twórca słynnego, eksperymentalnego Teatru Laboratorium we Wrocławiu Jerzy Grotowski.

Za to tym bardziej szokujący był dobór przez Łagiewskiego postaci "wybitnych Niemców", znanych i mniej znanych. Według wyboru Łagiewskiego, w dobranym przezeń ratuszowym panteonie znalazł się m.in. niemiecki noblista - "ojciec wojen chemicznych" Fritz Haber. Przypomnijmy, że pochodzący z Wrocławia niemiecki chemik, Żyd z pochodzenia, Fritz Haber dostał Nagrodę Nobla za syntezę amoniaku. Jego osiągnięciom naukowym towarzyszył jednak skrajny niemiecki szowinizm i gotowość bezwzględnego wykorzystywania odkryć naukowych do niszczenia przeciwników Niemiec wszelkimi środkami, w myśl zasady "cel uświęca środki". Haber "wsławił się" jako bezlitosny wynalazca gazów bojowych: iperytu, fosgenu i cyklonu B, używanego później w komorach obozu w Auschwitz przeciw żydowskim współrodakom noblisty. Wymyślony przez Habera gaz, nazwany później iperytem, po raz pierwszy został zastosowany przez wojska niemieckie pod Ypres 22 kwietnia 1915 roku. Ocenia się, że użycie tam wynalezionego przez Habera gazu spowodowało śmierć od 5 do 15 tysięcy żołnierzy alianckich, a kilka tysięcy innych doprowadziło do paraliżu. Przez całą wojnę światową Haber eksperymentował ze śmiercionośną bronią. Nie pomógł sprzeciw żony Clary, która nazwała prace męża barbarzyństwem. W końcu zagroziła, że jeśli nie przerwie swych prac, to popełni samobójstwo. Wtedy Fritz Haber oskarżył żonę o zdradę niemieckiej ojczyzny. Zdesperowana Clara popełniła samobójstwo, nie mogąc znieść obciążenia psychicznego na myśl o roli jej męża w wymordowaniu tysięcy żołnierzy. Już po przyznaniu Haberowi Nagrody Nobla za syntezę amoniaku, sztokholmskie jury dowiedziało się, że miał on na swoim koncie również wyprodukowanie śmiercionośnych gazów. Przez szereg państw ententy został uznany za zbrodniarza wojennego i rozważano nawet, czy nie pozbawić go Nagrody Nobla.

Warto przypomnieć, że zanim doszło do wystawienia popiersia Habera w Ratuszu we Wrocławiu, posłowie (także z PO) i działacze samorządowi utrącili pomysł uhonorowania Habera przez uczynienie go jednym z patronów szkoły w Olesnej na Opolszczyźnie. Decyzję tę podjęto ze względu na zbrodniczy, odrażający moralnie charakter tej postaci. Pomimo tego tak skąpy przy doborze miejsca dla Polaków w swoim panteonie dr Łagiewski nie zawahał się jednak przed umieszczeniem w nim noblisty Fritza Habera, chociaż umieszczenie akurat tej osoby było całkowicie sprzeczne z koncepcją doboru "największych wrocławian". Koncepcja ta zakładała wszak wytypowanie "krajanów poważanych i szanowanych przez cały świat", a Haber był uważany za zbrodniarza wojennego w przynajmniej kilku krajach świata. Doktor Łagiewski wiedział o roli Habera jako twórcy gazów trujących i jego nadzorowaniu pierwszego ataku gazowego pod Ypres (napisał o tym na s. 39 swej książeczki). Pominął tam jednak jakiekolwiek informacje o nieludzkim stosunku Habera do wielu tysięcy ofiar wynalezionych przez niego śmiercionośnych broni. Przypomnę tu za naczelnym redaktorem "Frondy" Grzegorzem Górnym (tekst "Geniusz i zbrodniarz") relację pokazującą całą bezwzględność i zbrodniczość charakteru Habera. Była to relacja naocznego świadka jego wizyty z 12 czerwca 1915 roku pod Bolimowem, gdzie nastąpiło kolejne wypróbowanie siły trującego gazu, tym razem na Rosjanach. Max Wild nazwał ten atak gazowy pod Bolimowem "najstraszliwszym przeżyciem wojennym". Z tym większym zaszokowaniem obserwował pozbawioną choćby cienia ludzkich uczuć reakcję Fritza Habera na straszliwą masakrę zgotowaną dzięki jego "diabelskiemu" wynalazkowi. Jak wspominał Max Wild: "Tuż przed rozpoczęciem napadu, profesor mówił ze mną bardzo uczenie o fizjologicznym działaniu wypuszczonych gazów. Zatrzęsło mną i nie mogłem wytrzymać, żeby nie powiedzieć: - Wybaczy pan profesor, lecz czyż nie jest rzeczą bestialską mordować w ten sposób ludzi? Dotąd prowadzimy wojnę z Rosjanami, jak ludzie z ludźmi. Teraz zaś zatruje się tych prostaków wychowanych do walki bagnetem trucizną, o której nie mają najmniejszego pojęcia. Profesor milczał, a po chwili rzekł pobłażliwie: - Pan ma rację dla siebie. Ale w tej wojnie, kiedy cały świat z nami walczy, musimy odsunąć wszelkie wątpliwości moralne. Nie możemy postępować inaczej, jeżeli chcemy ocalić własnych ludzi. Nie byłem wcale przekonany słowami profesora, miałem nieprzezwyciężony wstręt do podobnego rodzaju walki. Co w ten dzień jeszcze przeżyłem, pogłębiło we mnie to uczucie. Przez piekło prowadziła ta droga. Kiedy uznano, że gaz podziałał na nieprzyjaciela i że nie zaszkodzi już nacierającym oddziałom, nasza piechota wyruszyła. Szliśmy z profesorem z drugim rzutem natarcia. Wydawało się to całkiem bezpieczne, ze strony nieprzyjaciela nie padł ani jeden strzał, jego artyleria całkowicie zamilkła. Gaz musiał dokonać swego dzieła. Profesor kazał mi przeczuwać najgorsze, ale to, co zobaczyłem, idąc tamtędy, pobojowisko będące rezultatem morderczej teorii - to była sama zgroza, która urągała wszelkiej ludzkiej fantazji. Ludzie, zmagający się w śmiertelnej walce, wlekli się na czworakach i jak w obłąkaniu rwali na ciele odzież. Jeden leżał, wczepiwszy palce w ziemię, drugi obok z szeroko otwartymi źrenicami. W oczach jego tkwiło przerażenie przed niepojętym, świszczące zatrute oddechy mówiły o niezmiernej męce konających. Niebieskie wargi, niebieskie to, co wcześniej w oku było białe, w kątach ust żółta piana. I nieopisana groza na twarzach! Czy to była jeszcze wojna? Czy to było tylko prawdziwe oblicze wojny?

Nasi żołnierze musieli odczuwać to samo.

Widziało się, jak wzdłuż rosyjskich okopów zatruci Rosjanie zaścielali pole. Podejmowano ich z ziemi i odnoszono w tył. To nie było natarcie, ale współczucie i pomoc dla haniebnie potraktowanego przeciwnika, dla umęczonego człowieka. Niektórych Rosjan odratowano. Te akty litości były jedyną rzeczą, która w tym dniu nie pozwoliła mi zwątpić o ludzkości" (cyt. za: http://www.opoka.org.pl/biblioteka/I/IH/fritz_haber.html).

Jak opisywał później agent Wild, cały koszmarny widok umierających Rosjan nie zrobił na Haberze żadnego wrażenia. Dalej, jakby nic się nie stało, perorował o swoim wynalazku (por. M. Urbanek, Żona Doktora Śmierć w: "Wysokie Obcasy"). Grzegorz Górny nazwał Habera w swoim tekście "postacią złowrogą". Krzysztof Krzemień pisał na portalu e-lama.pl, 26 sierpnia 2008 r., w artykule "Wrocławski Doktor Śmierć", iż: "W ponad stuletniej historii Nagrody Nobla było wiele pomyłek. Jednak niewielu laureatów nagrody tak bardzo odbiegało od szlachetnych ideałów Alfreda Nobla, jak wrocławianin Fritz Haber, twórca jednej z najstraszniejszych broni w dziejach ludzkości. (...) Ostatnim 'spadkobiercą' Habera okazał się Ali Hassan Almagid, 'Chemiczny Ali', jeden z doradców Saddama Husseina. Za pomocą wynalazków Habera zamordował on w 1988 r. pięć tysięcy Kurdów".

Profesor Norman Davies pisał w "Mikrokosmosie", że Fritz Haber zasłużył sobie na miano niemieckiego "Doktora Śmierci". Fritz Haber, twórca gazów bojowych, użytych w pierwszej wojnie światowej, a także straszliwego gazu cyklon B, pozostaje honorowym obywatelem Wrocławia. Czy słusznie?

Dyrektor Łagiewski wydał książeczkę o wystawie wspomnianych popiersi, poświęcając kilka stron każdemu z wyróżnionych wybitnych wrocławian. Ukazał przy tym absolutny brak wrażliwości i taktu, umieszczając w książeczce bezpośrednio obok siebie życiorys zbrodniarza, twórcy gazu cyklon B Fritza Habera i zamordowanej przez ten gaz w obozie zagłady Edyty Stein.

Dodajmy, że w grudniu ubiegłego roku w prasie rozeszła się pogłoska, że minister kultury Bogdan Zdrojewski chce powołać dr. Łagiewskiego na wiceministra kultury. Doktor Łagiewski cieszył się przez wiele lat nieprzypadkowo wielkim zaufaniem i poparciem Zdrojewskiego jako prezydenta Wrocławia.

Prof. Jerzy Robert Nowak


Źródło: http://www.jerzyrobertnowak.com/